• Home
  • O Awarii w garach

O Awarii w garach

Witaj na blogu Marii Awarii. Mam nadzieję, że poczujesz się tu dobrze i będziesz często zaglądać 🙂
A teraz zaparz sobie pyszną kawę /lub cokolwiek innego – co lubisz pić/  i rozsiądź się w wygodnym fotelu, weź kilka głębokich oddechów i zostań ze mną tutaj chwilę.
/Jeżeli jest właśnie wieczór, kawę zamieńmy na lampkę wytrawnego wina :D/

Opowiem Tobie o tym kim jestem, o drodze, która zaprowadziła mnie do tego miejsca, jakie wydarzenia sprawiły, że w mojej kuchni, a tym samym  – życiu – nastąpiła niezła rewolucja oraz o tym co znajdziesz na blogu Awaria w garach.

– Mary Zubowicz vs Maria Awaria

O mnie.


Maria-Anna-Zubowicz-Maria-Awaria
fot. Krzysztof Czechowski Photography

 Maria Awaria pod lupą… 😉

Kocham życie wypełnione muzyką, słońcem, radością, spontanicznym tańcem, cichym dźwiękiem zmienianych przerzutek w rowerze, piaskiem z plaży w butach, kocimi kłakami na kanapie, psim mokrym nosem o poranku, dotykiem końskich chrap, miłością, zapachem świeżo zaparzonej kawy, podaną w pięknej filiżance, wytrawnym winem wypitym podczas oglądania dobrego filmu (najlepiej hiszpańskich obu 😉 ), zapachem wyhodowanych przez siebie pomidorów, inspirującymi rozmowami  o życiu, sportem, dobrymi kadrami, pysznym jedzeniem i… gotowaniem.

Mam cztery koty (edit: od 2019 r. już niestety trzy), psa i nietolerancję pokarmową. I całkiem nieźle z nimi wszystkimi sobie radzę! 🙂 🙂 🙂

W piątki i niedzielę jestem ekstrawertykiem, w poniedziałki i czwartki – introwertykiem. Po prawie czterdziestu latach życia przywykłam już do swojej awaryjnej osobowości i czynię z niej atut.

Z wykształcenia i również doświadczenia zawodowego – psycholog, od siedemnastu lat zajmuję się szeroko pojętą komunikacją, a od dziesięciu – fotografuję zawodowo (www.cosmofoto.pl IG @maryzubowicz_portfolio). Z pasji do sportu – od dwóch lat jestem instruktorem indoor cycling, a także organizuję obozy sportowe dla amatorek triathlonu (sportowe poczynania możecie śledzić tutaj IG TriChica. Z wszystkich działań, które podejmuję, stworzyłam swoiste perpetuum mobile, które sprawia, że nie wypalam się w żadnej z dziedzin i nie tracę zapału, kiedy tracę energię dzieląc się nią, innym kanałem ją odzyskuję.

Stwoimi działaniami każdego dnia staram się, by otaczający nas świat stawał się lepszy, bliższy naturze, nie epatując weganizmem – dzielę się nim, nie namawiając – pokazuję, że się da.
Coraz bardziej również w moim życiu goszczą idee less waste, bo boli mnie to, co swoim egoizmem i konsumpcjonizmem uczyniliśmy naszej matce ziemi.

Dlaczego „Awaria w garach”?

 

W garach.


Jako dziecko, więcej czasu spędzałam w garażu niż w kuchni. Czasem na drzewach. Czasem jednak napadała mnie twórcza wena, wpadałam do kuchni i ze składników z połowy zawartości lodówki gotowałam dziwne danie, które później testować musiała cała rodzina. Ku zmartwieniu Mamy, co będziemy jeść przez następne pół tygodnia. Lubiłam dziwne połączenia smaków i odkąd wyjechałam z miejscowości rodzinnej na studia, coraz dalej było mi od tradycyjnych gołąbków.

Zawsze jednak najważniejszym składnikiem kuchennej weny byli ludzie, dla których chciało mi się gotować. Do teraz uwielbiam te ułamki sekund, które dzielą moment pierwszego kęsa mojego nowo stworzonego dania powoli trawiącego się w pepsynie w ustach moich „testerów”, a… werdyktem.

Pierwszym bodźcem do poszukiwania totalnych nowości w kuchni, był moment, w którym okazało się, że nie mogę jeść produktów mlecznych i pochodnych. Kolejnym – wyeliminowanie z diety jajek. Następnym bardzo znaczącym – moment, w którym postanowiłam, ideologicznie, nie jeść mięsa. W międzyczasie do czarnej listy dołączyły różne inne produkty. Rozpoczęła się kuchenna ekwilibrystyka i trwa już 8 lat – tyle nie jem nabiału, od trzech lat jestem bezglutenową weganką uprawiającą sport.

 

W garach z aparatem.


Fotografuję od trzynastu lat. Od dziesięciu – komercyjnie. Pewnego razu wciągnęła mnie fotografia kulinarna… bardzo wciągnęła. Zawsze lubiłam piękne dekoracje kuchenne, wszelkie twórcze prace manualne, cudne dodatki, pierdołki, kubeczki talerzyczki. Wszystkie te elementy wraz z odkrywaniem nowych obszarów kuchni splotły się w całość.

Współpracowałam z magazynem Food Forum, Magazynem Vege oraz na stałe z Biokurierem, przygotowując autorskie przepisy kulinarne wraz z wykonaniem dania, stylizacją potrawy i zdjęciami. Pochłania mnie to w całości, znikam na kilka godzin w kuchni tworząc kilka potraw na raz, odnajduję w tym ogromną przyjemność, relaks, spełnienie. Odpoczywam – pracując. Pracując – odpoczywam.

 

Historia mojej awarii.


nietolerancje-pokarmowe-moja-historia

Przy wzroście 170 cm moja waga zawsze wahała się w obrębie 55-60 kg.  Zawsze byłam drobna i szczupła, mogłam jeść do woli, bez konsekwencji – a jeść lubię. Zawsze w ruchu, choć nie wszystko wolno mi było robić, to aktywność miałam we krwi. Na ówczesny stan mojej żywieniowej wiedzy jadłam w miarę rozsądnie, zawsze dużo warzyw, zieleniny, bardzo dużo nabiału (!), grzeszyłam wcinając słodycze wszelkiej maści. Lubiłam móc wrzucić na siebie dżinsy, t-shirt – nie musieć przejmować się tym, czy wystają mi „boczki” i „fałdki”. Bo ich nie było. Do czasu.

Początkowego momentu, w którym moja waga zaczęła gwałtownie dosyć i niekontrolowanie rosnąć, nie pamiętam. Wiem, że w 2010 r. jeszcze było wszystko w znanej mi normie. A później na wadze pojawiła się znacząca cyfra 69… a razem z nią koszmarne problemy z cerą (trądzik niczym u trzynastolatki na twarzy, plecach, szyi, na skórze głowy), reakcje alergiczne na kosmetyki (szampony, kremy do twarzy), place łuszczącej się skóry w brwiach, koło nosa, za uszami, ogólne pogorszenie się samopoczucia i nastroju (dzisiaj śmiało mogę nazwać je stanami depresyjnymi), stan ciała, który można porównać do bardzo mocno nadmuchanego balonu. Stosowane diety, ćwiczenia, nie przynosiły jakiejkolwiek poprawy. /Zdjęcie z 2011 r. powstało podczas moich 30-tych urodzin i wcale nie byłam takim łasuchem :)/

Nie zapomnę momentu, kiedy zapisałam się do sieciowego klubu fitness pod opiekę trenera personalnego. Podzieliłam się z nim swoimi wrażeniami odnośnie samopoczucia – czułam, że to nie jest „zwykłe” przytycie, wiedziałam, że coś jest „nie tak” z moim organizmem. Po spojrzeniu na wynik składu ciała uzyskany z wagi typu Tanita, trener powiedział: „Tobie nic nie jest, jesteś po prostu gruba. Zawsze będę wiedział czy zjadłaś dwa pączki przed treningiem!”. Następnie, przeczołgał mnie po klubie, zadając różne ćwiczenia na głębokie partie mięśni. Wspólnego następnego treningu nie było. Jak już mogłam ruszyć się ponownie po kilku dniach koszmarnych zakwasów – zaczęłam ćwiczyć samodzielnie. Jak możecie się domyślić – bez jakiegokolwiek efektu. W tym czasie wykonałam również wszelkiej maści badania krwi, hormonalne, badania tarczycy etc. Ponad miesiąc zapisywałam wg. wytycznych lekarza- endokrynologa różne parametry organizmu (włącznie z temperaturą, która często była podwyższona). Diagnozy lekarzy brzmiały: „Nie wiem jak pani pomóc, może ma pani niedobór magnezu”.

Z moim psychicznym samopoczuciem było coraz gorzej. Zmiana garderoby z rozmiaru 36 na 40/42 nie działała na mnie dobrze. Ukochane dżinsy z Zary mogłam naciągnąć jedynie na łydki. Widok w lustrze był coraz trudniejszy do zaakceptowania. Problemy z cerą sprawiały, że nie bardzo miałam ochotę wychodzić z domu – nakładanie grubej warstwy makijażu, która tuszowała nieco stan skóry, dawało zwrotnie jeszcze gorszy efekt.

Nie wiedziałam już co jeść, a czego nie – w tamtym okresie powoli zaczęło do mnie docierać, że może szkodzi mi to co jem. Potwierdziły to wyniki biorezonansu (nie uznawanego przez medycynę klasyczną jako narzędzie diagnostyczne), dla mnie uwiarygodniający wyniki tego badania był fakt, że na liście alergenów znalazły się salicylany. O tym, że nie mogę brać polopiryny i aspiryny wiedziałam już od dziecka. Na początku 2012 r. trafiłam do dietoterapeutki z Leszna. Te osiem lat temu wiedza i świadomość nt. nietolerancji pokarmowych dopiero w Polsce raczkowała, znaleźć więc dobrego specjalistę, który wykracza sposobem myślenia poza wąski wycinek specjalizacji z medycyny klasycznej, było bardzo trudne – a na wizytę czekało się kilka miesięcy.

Dieta zalecona przez specjalistę z jednej strony nie była bardzo rewolucyjna, wykluczała wówczas /oprócz oczywistych, których i tak nie jadłam – bardzo przetworzonych produktów/ wszelkie produkty z mleka i mleko zawierające. Jeżeli wydaje się to w sumie proste – wejdźcie do jakiegokolwiek sklepu lub restauracji i sprawdźcie, które produkty nie zawierają mleka. Nie pozostanie Wam wiele do wyboru.

Wizyta u dietoterapeutki była we wtorek, w piątek miałam już 5 kg mniej!
W ciągu kilku następnych tygodni moja waga wskazywała jeszcze mniej. Nie stosując jakiejkolwiek innej diety, jedząc do syta kiedy tylko miałam ochotę, w ciągu kilku miesięcy schudłam 15 kg!

Doprowadzenie cery do ładu nie było takie proste – tutaj efekty nie przychodzą natychmiast. Zaczęłam stosować kosmetyki ze składników naturalnych, w dużej mierze ekologicznych (edit: dzisiaj używam już tylko wegańskich i cruelty free). Makijaż ograniczyłam do tuszu do rzęs, pudru mineralnego lub brązującego i błyszczyka do ust. Nadal jednak wracały dolegliwości: podrażniona skóra głowy po szamponie, drobne wysypki, place łuszczącej się czerwonej skóry. Trądzik w takiej postaci już nie wrócił.

Mija osiem lat od tamtego momentu. Lista produktów, które w pewnym momencie wykluczyłam ze swojej diety metodą obserwacji i prób powiększyła się znacznie – jednak idąc kluczem diety eliminującej salicylany, powinnam nie jeść ich o wiele więcej. Przyjęłam zasadę, że wykluczam te produkty, po których faktycznie puchnę, czuję się gorzej, mam wysypkę czy inne dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Nie wykonywałam żadnych dodatkowych badań – poza kompleksowymi badaniami krwi raz na rok /lub jak gorzej się czuję/. Co jakiś czas sprawdzam, czy nadal tak bardzo ich nie mogę jeść 🙂 Są produkty, których próba zjedzenia kończy się tak boleśnie – że nie sprawdzam ponownie /np. seler/.

W drugiej połowie 2017 roku wykluczyłam z diety zupełnie gluten, badania nie potwierdziły celiakii, wyraźnie jednak czułam się gorzej po spożyciu pysznego pieczywa, nawet domowej roboty.
Od tego momentu, po dłuższym czasie nastąpił wyraźny przełom – mogłam znowu jeść mnóstwo produktów!!!

Obecnie, jem tylko produkty pochodzenia roślinnego, z wykluczeniem glutenu i selera, pozostałe produkty mogę jeść bez ograniczeń, niektóre w nieznacznej ilości (np. suszone pomidory czy jabłka, bo zależnie od pory roku i krzyżujących się alergii reaguję na nie, bądź nie).

Czuję się świetnie, uprawiam amatorsko sport wytrzymałościowy, moja cera jest zdrowa, a włosy mocne!!!

 

Dlaczego Awaria w garach? 


Awaria zazwyczaj dopada nas niespodziewanie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Niby wcześniej widzieliśmy jakieś drobne sygnały, które świadczyć mogły, że któregoś dnia pilnie będziemy wzywać hydraulika czy pędzić do dentysty… Z wielu powodów zignorowaliśmy je lub zwyczajnie nie znaliśmy przyczyny. Przychodzi jednak TEN dzień, kiedy wiemy już,  że bez głębokiej rewolucji w nas, czasem przy pomocy z zewnątrz się nie obędzie. Tak też było w moim przypadku. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że kilka lat później powstanie na tej podstawie blog. Dlaczego więc Awaria w garach?:

  1. Po pierwsze: rewolucja w sposobie żywienia, czyli „w garach”.
    Gdy „dopada nas” alergia, nietolerancja pokarmowa, lub chęć zmiany nawyków żywieniowych wynikająca z innych przyczyn zdrowotnych lub światopoglądowych-wydarza się rewolucja w kuchni, nie tylko dla nas, ale i dla naszego otoczenia.
  2. Po drugie: awaria nas samych.
    Zmiana w sposobie żywienia często jest następstwem „awarii” naszego organizmu, kiedy to objawy na tyle się nasilają, że nie jesteśmy w stanie dłużej już w znany nam sposób funkcjonować. Czy to  stany depresyjne, solidne przytycie lub opuchnięcie, problemy skórne, dolegliwości ze strony układu pokarmowego, w pewnym momencie zmuszają nas do szybkiego działania.
  3. Po trzecie: Maria Awaria.
    Nie pamiętam kto i kiedy pierwszy użył tego określenia wobec mnie, ale na pewno było to dawno – w wyniku różnych okoliczności, spontanicznie przylgnęło do mnie określenie „Maria Awaria”, no i tak już zostało, od tego momentu staram się nie wypaść ze swojej roli 🙂
  4. Po czwarte: Maria Awaria w akcji…
    Są dni, kiedy każdy przepis, który wymyślę, od razu wychodzi pyszny, a są dni, kiedy cokolwiek wezmę w kuchni do ręki… wybucha, kipi, rozlewa się, nie rośnie, przypala się niespodziewanie… /dział z „awariami” w kuchni byłby bardzo obfity, aczkolwiek niezbyt estetyczny 😉 /

 


 

Jeżeli dotrwaliście ze mną do tego momentu – gratuluję! I dziękuję!
Zapraszam do wspólnego gotowania. Do świata Marii Awarii 🙂
Smacznego i zdrowego!
Jeżeli masz pytania, lub chcesz się podzielić swoimi doświadczeniami – napisz do mnie.